Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Z RIPownika podstarzałego graFIKA 1. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Z RIPownika podstarzałego graFIKA 1. Pokaż wszystkie posty

wtorek, 25 sierpnia 2026

Dziara goni dziarę, czy ta moda jest za karę?

Twelfth episode of the RIPped graFIK saga. Now… what was I gonna say? Oh right — the story of a graphic designer who escaped to a lake. Nope, not online. Sure, firing up Google Maps would’ve been easier — teleporting straight into some dreamy spot with azure water, velvet sand, lush green all around… But online fantasies stop being fantasies the moment you click.


Specjalnie na światowy dzień optymisty. Dwunasty felieton z cyklu RIPniętego graFIKA. O czym to ja miałem powiedzieć? A o tym jak grafik pojechał nad jezioro. Nie, nie online. Wiem, pewnie byłoby łatwiej odpalić Google Maps i przenieść się na urocze miejsce z lazurową wodą, aksamitnym piaskiem, bujną zielenią... Marzenia ściętej głowy online przestają być marzeniami.


całość: https://youtu.be/8u3uLBe84Fc



Z RIPownika podstrzałego grafIKA 1

prof. dr zRIPowany Kropaczewski SzymON


czytają: Bogdan Żyłkowski i Karina Danielewicz

nagrania: Paweł Wódczyński

miks i mastering: Radosław Garbarek

kartkowanie: kropatzevsky_rip_art

postprodukcja: kropatzevsky_rip_art


z graficznym pokręceniem kropatzevsky_rip_art


wtorek, 19 maja 2026

Maszyna do pisania kontra maszyna do tłoczenia płyt [znów nie na temat]

Especially for librarian's day. The tenth chapter from the RIPnięty graphic series. What was I supposed to say? About what it was supposed to be about recently.

About the delight in Mrożek's [Diaries], or rather the technical part of the publication. This magnificently published brick.

A masterpiece of graphic, printing, and bookbinding art. About feeling the scent of paper and print with your whole being.


Specjalnie na dzień bibliotekarza. Dziesiąty felieton z cyklu RIPniętego graFIKA. O czym to ja miałem powiedzieć? O tym, o czym ostatnio miało być.

O zachwycie nad [Dziennikami] Mrożka, a raczej tą techniczną częścią publikacji. 

Tą wspaniale wydaną cegłą.

Arcydziełem sztuki graficznej, poligraficznej i introligatorskiej. O czuciu całym sobą zapachu papieru i druku.

całość: https://youtu.be/P6U6PQbyQx8




Z RIPownika podstrzałego grafIKA 1

prof. dr zRIPowany Kropaczewski SzymON


czytają: Bogdan Żyłkowski i Karina Danielewicz

nagrania: Paweł Wódczyński

miks i mastering: Radosław Garbarek

kartkowanie: kropatzevsky_rip_art

postprodukcja: kropatzevsky_rip_art


z graficznym pokręceniem kropatzevsky_rip_art

wtorek, 10 marca 2026

Cegła, dla której warto zmienić tytuł

The ninth chapter from the RIPnięty graphic series. What was I supposed to say? About the fact that a graphic designer can read. Maybe it's not so obvious, because their job is to arrange text into a beautiful, cohesive, legible whole. Choosing font sizes, line spacing, and column widths so that the reader doesn't reject literature—a book, a magazine, a folder—due to poor layout. [A nice book, but it's impossible to read]—that's the worst thing that can happen.

Dziewiąty felieton z cyklu RIPniętego graFIKA. O czym to ja miałem powiedzieć? O tym, że grafik potrafi czytać. Może to nie jest takie oczywiste, bo jego zadaniem jest poukładanie tekstu w ładną, zwartą, czytelną całość. Takie dobranie wielkości fontów, interlinii, szerokości łamów, by czytelnik nie odrzucił literatury: książki, czasopisma, folderu z powodu złego składu. [Fajna książka, ale nie da się tego czytać] - to najgorsze co może być. 

Całość: 

https://youtu.be/BG1zPNOvy_Y



Z RIPownika podstrzałego grafIKA 1

prof. dr zRIPowany Kropaczewski SzymON


czytają: Bogdan Żyłkowski i Karina Danielewicz

nagrania: Paweł Wódczyński

miks i mastering: Radosław Garbarek

kartkowanie: kropatzevsky_rip_art

postprodukcja: kropatzevsky_rip_art


z graficznym pokręceniem / kropatzevsky_rip_art


wtorek, 22 lipca 2025

Żółte tramwaje fajne są i basta. A raczej omega!

The seventh chapter from the RIPnięty graphic series. What was I supposed to say? A, about whether it's appropriate to go to Budapest? About yellow trams?

Siódmy felieton z cyklu RIPniętego graFIKA.

O czym to ja miałem powiedzieć? O czym to ja miałem powiedzieć? A, już wiem. Teraz opowiem, jak pojechałem do Budapesztu. Pojechałem, bo trafiła się okazja. Zarobiony grafik najpierw odmówił, ale kiedy pojawiła się druga szansa, to już nie wypadało się wykręcić. Generalnie podstarzały grafik nie cierpi tego słowa, że coś wypada, a tamtego nie wypada. Bo niby co ma wypadać? I gdzie ma wypadać? Nie kumam tego. A ciągle słyszę, że wypada się ładnie ubrać, że wypada się pokazać, że wypada tam być. A tego zaprosić, a tego ukisić. Nie uznaję tego słowa. Nie toleruję, jestem na nie uczulony. Chcę chodzić w t-shirt Graphic’s_Not_Dead, to chodzę. Nie wypadam, nie wymiękam. Zapraszam, kogo chcę zaprosić. Słucham tego, czego chcę słuchać. Ale nie o tym miało być.


całość:
https://youtu.be/sT5-VtYQfyQ Z RIPownika podstrzałego grafIKA 1 prof. dr zRIPowany Kropaczewski SzymON czytają: Bogdan Żyłkowski i Karina Danielewicz nagrania: Paweł Wódczyński miks i mastering: Radosław Garbarek kartkowanie: kropatzevsky_rip_art postprodukcja: kropatzevsky_rip_art

z graficznym pokręceniem / kropatzevsky_rip_art

wtorek, 1 lipca 2025

Tata grafik a detale w typografii

Specjalnie na Dzień Ojca! Szósty felieton z cyklu RIPniętego graFIKA. O czym to ja miałem powiedzieć? A, o tym jakie grafik dostaje prezenty. I o Hobbitach?



całość: https://youtu.be/DB-JT2BCzPw

Z RIPownika podstrzałego grafIKA 1
prof. dr zRIPowany Kropaczewski SzymON

czytają: Bogdan Żyłkowski i Karina Danielewicz
nagrania: Paweł Wódczyński
miks i mastering: Radosław Garbarek
kartkowanie: kropatzevsky_rip_art
postprodukcja: kropatzevsky_rip_art

z graficznym pokręceniem / podstarzały graFIK

wtorek, 10 czerwca 2025

Brak uśmiechu grafika oznacza... czarne zęby!

Piąty felieton z cyklu RIPniętego graFIKA. O czym to ja miałem powiedzieć? 
A, o tym dlaczego grafik się nie uśmiecha? Bo ma czarne zęby, bo nie higieny nie utrzymuje? Zębów nie myje, kłów nie pastuje?



całość

https://youtu.be/1uvY6mnhIJk


Z RIPownika podstrzałego grafIKA 1

prof. dr zRIPowany Kropaczewski SzymON


czytają: Bogdan Żyłkowski i Karina Danielewicz

nagrania: Paweł Wódczyński

miks i mastering: Radosław Garbarek

kartkowanie: kropatzevsky_rip_art

postprodukcja: kropatzevsky_rip_art


z graficznym pokręceniem

kropatzevsky_rip_art


wtorek, 6 maja 2025

Melisa, waleriana, joga - na spokój grafika. Litery dobre na sen

Czwarty felieton z cyklu RIPniętego graFIKA. O czym to ja miałem powiedzieć?  A, o melisie, walerianie...? Tak, o tym, co litery mogą zrobić, by grafik mógł spać spokojnie...




Znajdziesz tutaj:

https://youtu.be/jp0OxzJZc1Y


Z RIPownika podstrzałego grafIKA 1

prof. dr zRIPowany Kropaczewski SzymON


czytają: Bogdan Żyłkowski i Karina Danielewicz

nagrania: Paweł Wódczyński

miks i mastering: Radosław Garbarek

kartkowanie: kropatzevsky_rip_art

postprodukcja: kropatzevsky_rip_art


z graficznym pokręceniem

kropatzevsky_rip_art

wtorek, 18 marca 2025

Galop na białym rastrze w rytmie glam rocka

Trzeci felieton z cyklu RIPniętego graFIKA. O czym to ja miałem powiedzieć?  A, o wyższości kropek nad innymi bryłami geometrycznymi. Ha, są one bez kantów i mają w opisie tę fascynującą liczbę pi...



Znajdziesz tutaj:

https://youtu.be/FaY6WpWuP9Y


Z RIPownika podstrzałego grafIKA 1

prof. dr zRIPowany Kropaczewski SzymON


czytają: Bogdan Żyłkowski i Karina Danielewicz

nagrania: Paweł Wódczyński

miks i mastering: Radosław Garbarek

kartkowanie: kropatzevsky_rip_art

postprodukcja: kropatzevsky_rip_art


z graficznym pokręceniem

kropatzevsky_rip_art


wtorek, 11 lutego 2025

RIPnięty grafik 2.0

Drugi felieton z cyklu RIPniętego graFIKA. O czym to ja miałem powiedzieć?  

O tym skąd się wzięło [z RIPownika]? 

O tej całej masie kropek, jakich kropek? 


Znajdziesz tutaj:

https://youtu.be/iDX9DHpCjUw


z graficznym pokręceniem

podstarzały graFIK

wtorek, 22 sierpnia 2023

Jak Gargamel smerfów nie zeżarł, księżniczki oczarowały księżniczki, a krzesła grafikowi dały wygodę, potęgę i władzę!

O czym to ja miałem powiedzieć? A, już wiem. A teraz opowiem Wam, na ile sposobów można namalować krzesło. A tak. To popularne urządzenie powszechnego użytku. Te banalne cztery drągi zwieńczone parapetem. Krzesło, którego szukamy wzrokiem, gdy chcemy odpocząć, gdy bolą nas nogi, czy chcemy rozpłaszczyć nasze cztery litery. Od którego boli nas pupa, gdy za długo na nim siedzimy. Wiercimy się niemiłosiernie, gdy za twarde, za miękkie, za kolorowe, za lekkie, za ciężkie, zbyt składane, za mało mobilne. Krzesło, ot co. Zatem siadajcie. Bo będzie o tym, o czym miało być.

A zatem pewnego dnia wybrałem się do Muzeum Sztuk Użytkowych w Poznaniu. Mieści się ono na Górze Przemysła. I łączy swoją ekspozycję z budynkiem Zamku Królewskiego. Odrestaurowanego zamku z XIII wieku. Zwanego potocznie... Gargamelem. Dlaczego? Bo ten zamek jest po prostu zły, brzydki. Faktycznie jak czarodziej mieszkający w zrujnowanym zamku w sąsiedztwie lasu Smerfów. Smerfy to dla Gargamela najważniejszy składnik kamienia filozoficznego, a mówiąc bardziej przyziemnie, kawał masy, którą można ugotować i żeżreć! Dlatego ugania się za nimi od rana do nocy i zastawia różne pułpaki. Wraz ze swoim towarzyszem kotem Klakierem. Notabene Klakier oznacza w oryginale Azrael – imię anioła śmierci z religii islamu. Fajniusia bajusia, ale tak jak nowe, współczesne odcinki nie są tak fajne, jak te oryginalne, tak samo współczesny zamek nie jest tak fascynujący, jak ten historyczny. Ale nie o tym miało być. 

I tak podstarzały grafik wdrapał się raźno wraz ze swoimi córkami na wzgórze ulicą Ludgardy. Tak, już czytelnik wie, że grafik może mieć dzieci. Oczywiście głównym motywatorem dla płci pięknej miały być stroje, które się tutaj znajdują. I oczywiście były. Ochy, achy lały się na lewo i prawo. Księżniczki, damy. Koronki, falbanki. Biżuteria. Tak niewiele trzeba do szczęścia. Garści jagód, po których śpi się i śpi, w nadziei na słodkie usta. Ha, jakiś poeta tutaj mi się wkręcił. I jeszcze domki dla lalek były słodziusi i Barbi ślicznusia. Ale, żeby nie było. Dziewczynki i zbroje podziwiały, i broń, i inne gadżety. 

Ponad trzy godziny spędziliśmy we wspaniałych salach muzeum, a przecież jeszcze trzeba było wspiąć się na wieżę Gargamela i zachwycić się widokiem miasta. I hologram 3D obejrzeć. O hologramach to grafik długo mógłby mówić. Bo są i takie z projekcją na folii holograficznej i z projekcją na tiulu holograficznym. To te multimedialne. I są też hologramy - naklejki, czyli zrealizowane na płaszczyźnie obrazu. Ale nie o tym miało być.

Wróćmy do naszych krzeseł. A ściślej mówiąc, do wystawy czasowej, która akurat w muzeum miała miejsce. [Siedzisko. Krzesło. Tron. Plakaty ze zbiorów Muzeum Narodowego w Poznaniu]. Bardzo poligraficzny plakat. Na nim klasyczny raster CMYK. Wykorzystany efekt mieszania się barw w druku. Takie motywy rajcują grafika. I tron ułożony z liter. Już na łamach RIPownika kilka razy wspominałem o randze typografii. Z komentarza do wystawy: [Krzesło może oznaczać władzę, pozycję, prestiż, potęgę i słabość, komfort i wygodę, ale też ból i cierpienie, a nawet śmierć. Zatem krzesło jest pewnego rodzaju metaforą: czasu, miejsca, ale przede wszystkim krzesło jest symbolem człowieka, humanizmu, a to sprawiło, że obok swojej podstawowej funkcji mebla użytkowego, zaistniało ono w sztuce także jako ważny element działań twórczych.] I jest tych plakatów kilkadziesiąt. Fascynują konceptem, warsztatem. Drukowane głównie offsetem lub sitodrukiem. Spędziłbym tutaj kolejne trzy godziny, gdyby nie moje milusińskie, które miały już ochotę usiąść. Wspaniała wystawa. Wspaniała lekcja grafiki i poligrafii.

COLLAGE [MONOTYPESHINE]
inspiracja: COLLAGE [MOONSHINE]

Potem przyszła pora na odpocznienie i kawałek dobrej muzyki. I co? Oczywiście, wybór mógł być tylko jeden. Collage i [Moonshine]. Legenda polskiego rocka progresywnego. To na tej płycie jest największy hit grupy, który podbił śp. Trójkę - [Living in the Moonlight]. Tutaj są cudowne [Heroes Cry], [In Your Eyes] czy [Moonshine]. Znawcy mówią, że to najpiękniejsza płyta polskiego neoprogresywu. Jest piękna. Wspaniały rok 1994. A na baśniowej okładce ogromny tron z diamentem, który jest niesiony przez spienione wody. Metafora. Spocznijcie, posłuchajcie, popatrzcie, podumajcie.

z graficznym pokręceniem / podstarzały graFIK

wtorek, 15 sierpnia 2023

Poszukiwacze zaginionej papierni

O czym to ja miałem powiedzieć? A, już wiem. Teraz opowiem, jak wyruszyłem na poszukiwanie śladów starej papierni. Tym razem będzie na temat. Ostatnio zaciąłem się na Gontyńcu - górze i browarze. Bez cnych zamiarów. Ot fakty. Pierwsza część wyprawy była za nami. Teraz wystarczyło tylko przejść na drugą stronę. Nie lustra, a już tym bardziej nie życia. Brrr, zachowaj Panie tam na górze, dole czy nizinie. Na tamte strony nie chcemy jeszcze przechodzić. Wystarczyło przejść na drugą stronę... drogi nr 183 relacji Chodzież - Czarnków. Prościzna? Wcale nie. Nawet w niedzielę przed południem ruch był bardzo duży, a jednak kilkaset metrów asfaltem, bez pobocza, musieliśmy przejść. O tym właśnie miało być i będzie. Teraz opowiem o natężeniu ruchu w północnej Wielkopolsce. I wpływie na jakość życia okolicznych mieszkańców. Ok, ok, żarcik.

Przeszliśmy. O. I weszliśmy w dukt leśny. Prawie nienaruszony. Wąska, zarośnięta, prosta ścieżka. I tak, sycąc się widokiem i rozprawiając, ruszyliśmy w kierunku Trojanki, a ściślej rzecz ujmując, Jeziora Papiernia. Wspaniała zieleń, ale i coraz ciemniejsze chmury na horyzoncie. [King] uspokajał, że z jego map pogodowych wynikało, że front burzowy jest gdzieś w okolicach Poznania. A zatem mieliśmy czas. Nie byłem do końca przekonany, bo aplikacje swoje, a życie swoje. 

I tak weszliśmy na temat wycinki lasów. Bo pojawił się taki kawałek przecinki. Z okręgiem drzew pośrodku. Dlaczego tak? Nie znaleźliśmy żadnej logicznej koncepcji. A propos wycinki drzew na potrzeby produkcji papieru. Korzystacie z zeszytów? Kopert? Czytacie książki? Macie gwarancje, faktury? Wszystkie produkty, które kupujecie, mają opakowanie? Wszystko na papierze? Nie mówcie, że nie, bo cały mój wywód diabli wezmą. Tyłek wycieracie? Tu was mam. To jest wspaniałe, że możecie czytać, pisać, drukować. To jest wspaniałe. Do tego wszystkiego potrzebny jest papier w takiej czy innej postaci. Papier, cudowny wynalazek z Dalekiego Wschodu. A już wiecie, że żeby ten papier zrobić, potrzebne są drzewa. Jak widzicie na filmach, papiernie to ogromne fabryki, które przetwarzają ogromne ilości drzew. Niszczą lasy, chciałoby się powiedzieć. Dewastują środowisko. Przyczyniają się do efektu cieplarnianego. No dobrze, ale czy one ten papier robią dla swojego widzimisię? To taki foch właścicieli? To jest dopiero temat na temat.

I, jak słusznie King zauważył, papiernie bardzo mocno rekompensują te straty. Płacą ogromne pieniądze na tworzenie szkółek i odbudowę tkanki leśnej. Papiernie współpracują z właścicielami lasów, dzięki czemu ci mają stały zbyt. Ponadto papiernie wykorzystują leśne produkty uboczne: gałęzie, korony drzew, korę, które w innych dziedzinach przemysłu byłyby odpadami. Dzięki współpracy z papierniami, właściciele lasów zdobywają certyfikaty na drewno oraz zarządzają nimi zgodnie z polityką zrównoważonego rozwoju. Mało? To dołożę jeszcze do pieca. Przemysł papierniczy pozwala wytworzyć czterokrotnie większą wartość i utrzymać sześć razy więcej stanowisk pracy niż przyniosłoby spalanie tego drewna przez przemysł energetyczny. Takie mądre rozmowy toczy grafik z poligrafem.

Zatem wszystko jest ok, tutaj problemy są rozwiązane. Lepiej pomyśleć, co zrobić z masą plastiku, który rozkłada się setki lat. 5 pomidorków w mega wielkim plastikowym opakowaniu, 10 ml jogurtu w plastikowym opakowaniu, mikromasełko w plastikowym opakowaniu, wszystko w foliach, plastikach itp. Tutaj leży problem. Ale prawdą jest, że mogliby więcej płacić, za zbieranie makulatury. I tak sobie gawędząc, dotarliśmy do Jeziora Papiernia. Przepiękne miejsce, w dolince. W sam raz na harcerski obóz przetrwania. Daleko od cywilizacji, cisza, spokój. Chociaż był jeden wielki wróg - komary. Masakra. Zaatakowały nas wściekle, jakby były strażnikami starej papierni i nie chciały nas dopuścić do jej sekretów. Obowiązkowa sesja zdjęciowa. I ruszyliśmy na poszukiwanie śladów. I tutaj, może spodziewana, ale jednak niespodzianka. Najpierw pojedyncze krople deszczu, a potem jak lunęło... Na szczęście mogliśmy się schować pod koronami drzew. Kurtki rzecz jasna też mieliśmy. Ale z poszukiwań nici. Tym bardziej, że gdzieś tam na horyzoncie rozległy się grzmoty. Przylazła paskuda burzowa. Wyczekaliśmy moment, że prysznic zrobił się łagodniejszy i poszliśmy w pioruny. A tu przejaśniło się nawet. I jakieś diabelskie szepty podpowiadały by zawrócić, ale nie daliśmy się zwieść jak biblijna Ewa. Do samochodu dotarliśmy już wśród grzmotów, błyskawic i ulewy. Idealnie na czas. I zabraliśmy się za naleśniki z sosem bolońskim. Mniam. Ale to nie program kulinarny.

SCREEN RULING [()]
inspiracja: SIGUR ROS [()]

Skoro tyle było o papierze, to weźmy muzykę zespołu Sigur Ros z albumu bez tytułu. Roboczo opisywanego [()], ze względu na charakterystyczne wycięcia na etui z tworzywa sztucznego, Książeczka zawiera czarne ilustracje na białym papierze. Przezroczystym jak kalka [ale to nie jest kalka, bo ta ma właściwości kopiujące]. Chyba, że jest to kalka techniczna! Tak, bez słów, bez tytułów, bez niczego. Tylko czarne plamy. Tak, ilustracje w tej książeczce nawiązują bezpośrednio do muzyki Islandczyków. Długie, wlekące się pejzaże dźwiękowe… Ambient w klasycznej formie. Naturalna, piękna, surowa jak okolice jeziora Papiernia. 

z graficznym pokręceniem / podstarzały graFIK

wtorek, 8 sierpnia 2023

Od papierni się zaczęło, poszło na Gontyniec, i górę, i browar, a na drinku CMYK się skończyło

O czym to ja miałem powiedzieć? A, już wiem. Teraz opowiem, jak wyruszyłem na poszukiwanie śladów starej papierni. Tak, tak, jak grafik usłyszy jakiekolwiek hasło związane z poligrafią, to zaraz cały się trzęsie. Do tego wyjazdu namówił mnie King. Niezwykła persona w świecie poligrafii. Jak imię wskazuje. Zaczął nie z tej strony, całą tę rozmowę o wyprawie. Że niby tym razem w małe górki pojedziemy, że wejdziemy sobie na najwyższy szczyt Wielkopolski. A tak naprawdę nie najwyższy tylko drugi. I tak jakoś mnie to nie przekonało. Bo chciałbym wyżej szczytować. Póki jeszcze nie jestem za stary, za podeszły. Póki jeszcze o własnych siłach potrafię się wdrapać wyżej. Ale nie o tym miało być.

King wiedział, że tymi argumentami mnie nie przekona. Dlatego wyjął asa z rękawa. Stara papiernia. Co, gdzie, jak? Trzeba od razu tak było, a nie zawracać mi głowę mikroszczytami. Stara papiernia. To jest wyzwanie, któremu grafik oprzeć się nie potrafi. Papiernia. Czyli zakład przemysłowy produkujący papier. A papier to masa włóknista pochodzenia organicznego, wytwarzana na sicie w postaci arkuszy lub zwojów. A te włókna to: celuloza, ścier drzewny otrzymywany przez starcie i zmielenie bali sosnowych albo słomy, trzciny, bawełny a nawet bambusa. I oczywiście makulatury. Wiadomo, surowce wtórne, za które dostajemy śmieszne grosze. Ale znów nie o tym.

I tak oto pojechaliśmy. Co prawda zapowiadali gorący i burzowy dzień, ale co tam. Mieliśmy przed sobą prawdziwe wyzwanie. Zaparkowaliśmy na leśnym parkingu pod Chodzieżą i pro forma wdrapaliśmy się na Gontyniec. 192 m.n.p.m. Całkiem sympatyczny szlak zółty. Żółty [Yellow] jak wiadomo należy do CMYK, czyli modelu subtraktywnego opisującego system barw. Żółta farba należy do tzw. triady drukarskiej, za pomocą której możemy wydrukować prawie wszystkie kolory. Przynajmniej tak byśmy chcieli. Na Gontyniec można dojść również szlakiem czerwonym. Red. Ten z kolei należy do addytywnego modelu barw. Czyli RGB, za pomocą którego rejestrujemy zdjęcia, grafikę, wyświetlamy i skanujemy. RGB i CMYK. Dla grafika, drukarza przestrzenie, w których funkcjonują. Którymi żyją. Które budzą konflikty, problemy. Rodzą kłopoty, reklamacje. Na szczęście wojen nie wywołują. Tak, o czym to mówiliśmy?

A, Gontyniec. Całkiem sympatyczny pagórek z wiatą na małą przekąskę i dostrzegalnią. Częściowo to [King] miał rację, bo szczyt jest najwyższym punktem Pojezierza Wielkopolskiego. Według podań ludowych nazwa wywodzi się z czasów przedchrześcijańskich, od słowa gontyna – czyli od słowiańskiej budowli sakralnej. A dostrzegalnia to przeciwpożarowa wieża obserwacyjna o wysokości 34 m. Te słowiańskie korzenie, to nie przypadek, ponieważ na górze w 2017 roku przeprowadzono wstępne badania archeologiczne i odkryto zabytki związane m.in. z epoką brązu, okresem wpływów rzymskich czy wczesnym średniowieczem. Tak, ciekawa góra, skrywa w sobie wiele skarbów. Uff, jak zrobiło się duszno i gorąco. Przed dalszą drogą warto by wypić browarka. Dlaczego ten złocisty napój przyszedł mi na myśl? Ponieważ w Kamionce pod Chodzieżą siedzibę ma Browar o nazwie... Gontyniec. Brawo. Połączony z Browarem Czarnków. Tak, wypiłoby się Gniewosza. Ale akurat nie było tego pod ręką, a i nie o tym miało być. A szkoda, bo temat etykiet do piw, to fascynujący temat.

COLORIMETER 5 [THE COLOUR OF A MOMENT]
inspiracja: CHANNEL 5 [THE COLOUR OF A MOMENT]

A skoro pojawiły się tematy i CMYK i promilowe, to muzyka też musi być w klimacie. I będzie. Bo na okładce płyty formacji Channel 5 [The Colour Of The Moment] widzimy pięknego drinka. Do kieliszka wpadają promienie w kolorach: cyan, maganeta, yellow i black. Czyli CMYK. Dlatego jest taki piękny. Co autor miał na myśli? Napój dla drukarza? Kto wie, kto wie. Muzycznie ta niemiecka formacja jest przedstawicielem nurtu AOR czyli adult-oriented rock. Czyli dla słuchacza ignorującego modne trendy. Np. King Crimson. Ale muzyka Channel 5 jest mniej zakręcona. To klimaty rock/pop w klimatach Toto. Melodyjna, solidnie wyprodukowana, ze smaczkami. Modne trendy też ignoruję, ale zignorowałem tutaj całkowicie temat starej papierni. Łajdak ze mnie. Ale na pewno opowiem o tym następnym razem.

z graficznym pokręceniem / podstarzały graFIK

czwartek, 20 lipca 2023

Basia, tak, ta Basia oraz smoki i objawy choroby psychicznej

O czym to ja miałem powiedzieć? A, już wiem. Dziara goni dziarę. Temat szeroki jak bary grafika na plaży. Gdzie się nie obejrzeć: dziary. Idzie grafik do okulisty zadbać o udręczone gały. I co? Nawet tam nie może odpocząć od grafiki. Recepcjonistka z dziarą na przedramieniu. Dobry wzór. Jeden, drugi, trzeci pacjent: tatuaż. Na szyi, łydce, udzie, plecach [tak, właśnie po to nosi się kusy t-shirt]. I potem na badaniu wychodzi, że oczy zniszczone, że mniej przy komputerze siedzieć, bryle nowe zamówić [teraz już o fantastycznych dioptriach, które muszą być specjalnie szlifowane, w science-fiction oprawkach i kosmicznej cenie]. Ale nie o tym miało być.

Ale zaraz, wychodzi taki grafik z badania, ma zakroplone oczy, jakieś plamy majaczą mu przed oczami jak po 20 kubku herbaty. I w jaki wzór układają mu się te plamy? Tak, w smoka. Brawo. Za dużo kropli? Ależ, ależ. Dokładnie na fotelu obok siedzi dobrze zbudowany mężczyzna. Zlewa się w jedną całość. Smoków jest więcej. Czy właściwie jest jakieś miejsce na jego ciele, gdzie smoków nie ma? W takim stanie grafik nie jest w stanie tego sprawdzić. Inwazja smoków. Ale znów nie o tym.

W takim razie bierze grafik książkę do poczytania wieczornego. Coś lekkiego, coś letniego. Coś z ilustracjami. Nowy nabytek. Jak pięknie pachnie. Jak pięknie zaokrąglone narożniki. Solidny kawałek książki. [Basia i basen]. I tak sobie czyta w leniwej, sennej atmosferze, aż tu nagle.. Strona 16. Akurat ta strona bez paginy. Czyli bez numeracji. Za to 17 widnieje na następnej stronie. Bo każda kartka ma dwie strony. Nigdy odwrotnie. Przypominam! Zatem na tej 16 stronie czytam, cytuję: [Przy barze stał mężczyzna. Ogromny! Prawie taki jak olbrzym. Na szerokiej piersi wytatuowany miał okręt, na jednym ramieniu nóż otoczony różami, a na drugim... rekina z otwartą paszczą!] Koniec cytatu. Normalnie tatuaże nie dają wytchnienia. Bo na tej 17 stronie jest ilustracja. Zgodnie z przytoczonym opisem. Masakra. To się popisały panie Zofia Stanecka i Marianna Oklejak. Bardzo życiowa literatura dla dzieci. Niech dzieci wiedzą. Życie to nie jest bajka. To jeden wielki tatuaż.

O tym właśnie miało być. Całkiem dzisiaj na temat. A potem biorę lekturę dla dorosłych. Saga [Millennium]. Trzy kobyły, cegły, tomy. Każdy po 800 stron. Wciąga od pierwszej do 2445 strony. Nie idzie się oderwać. Ale mniejsza o to. Co ma na ciele Lisabeth Salander - odtwórczyni głównej roli? To znaczy bohaterka książki? Tatuaż? Skąd wiedzieliście, że odpowiem pytaniem na pytanie? Ta drobna dziewczyna, 150 cm w kaloszach, ma na ciele tatuaż o gabarytach około 100 cm. Daruję wam opis szczegółów. Chociaż z punktu widzenia grafika jest to kapitalny smaczek. Z punktu widzenia psychiatry, doktora Teleboriana, ten tatuaż [jest objawem skłonności autodestrukcyjnych i sposobem zadawania bólu swojemu ciału]. Grubo. By zamknąć temat i by było na temat jeszcze cytat obrończyni Salander, Anniki Giannini: [Przy ilu procentach powierzchni ciała tatuaż przestaje być przedmiotem kultu ciala czy ozdobą, a staje się objawem choroby psychicznej?] Łał. Dzisiaj przechodzę samego siebie. 

RHAPSODY OF PRINT [LEGENDARY TALES]
inspiracja: RHAPSODY [LEGENDARY TALES]

Zatem pora przejść do muzyki. Do tablicy zostały wywołane smoki, to niech będzie płyta ze smokami. Są one na praktycznie każdej okładce zespołu Rhapsody [później Rhapsody of Fire]. Którą wybrać? Niech będzie [Legendary Tales]. Bo tytułem wpisuje się w nasze dzisiejsze literaturowe opowieści. Poza tym to debiutancki album i jednocześnie początek sagi Emerald Sword Saga. W roku 1997 Włosi zrobili duże wrażenie tym swoim symfonicznym, patetycznym power metalem. Mamy tutaj chóry i bogactwo klasycznych instrumentów. Mamy m.in. skrzypce, wiolonczelę, flet, mandolinę. I tak mamy do dzisiaj, bo Rhapsody of Fire regularnie nagrywają płyty. A na okładkach tych płyt mają smoki. Smoki na wieki. Jak tatuaże. Ale o technicznej stronie tychże może innym razem. RIP z Wami. Na wieki.

Z graficznym pokręceniem / podstarzały graFIK

wtorek, 11 lipca 2023

Dziara goni dziarę, czy ta moda jest za karę?

 O czym to ja miałem powiedzieć? A, już wiem. Teraz opowiem Wam o tym, jak grafik pojechał nad jezioro. Nie, nie online. Wiem, pewnie byłoby łatwiej odpalić Google Maps i przenieść się na urocze miejsce z lazurową wodą, aksamitnym piaskiem, bujną zielenią... Marzenia ściętej głowy online przestają być marzeniami. Ale pozostają tylko online. Bez efektów 6D - dotyku, zapachu... Grafik zatem oderwał się od swojego siedziska i pojechał nad jezioro. Prawdziwe. Z wody i piasku. I tu was zagiąłem.

Ten grafik nad tym jeziorem nawet znalazł miejsce, by rozłożyć koc. Taki wypasiony, termiczny, łatwo składalny. Z interesującą grafiką - wzorem łowickim na czarnym tle. Doskonały układ roślinny narysowany wektorem. Bajeczne kolory. Równiutkie krzywe. Dobra robota kolegi po fachu, ale nie o tym miało być.

Tenże sam grafik przymierzył się do zrzucenia z siebie rzeczy, bo w temperaturze pod trzydziestkę jakoś nie wypadało siedzieć w tych wypasionych, dizajnerskich ciuchach. Wiadomo, grafik sam sobie projektuje koszulki zwane t-shirtami. Projektuje i wysyła do drukowania. Tak, ubrania w znacznej mierze się dzisiaj drukuje. Można ubrać się od stóp do głów w rzeczy zaprojektowane przez siebie. Przynajmniej jeśli chodzi o motywy i kolory. Kroje też można projektować, ale przecież trzeba zostawić przestrzeń dla projektantów mody. 

Ale by nie było o tym, o czym nie miało być... Pora wspomnieć, że ten grafik, już tylko w samych slipkach, poczuł się jakoś nieswój. Nie, nie chodzi tutaj o widoczne gołym okiem zwyrodnienie kręgosłupa, zespół cieśni nadgarstka czy repetitive strain-in jury syndrom, czyli zespół urazów wywołanych jednostronnym, chronicznym przeciążaniem kończyn górnych na odcinku dłoń-bark. Nasz bohater dba o zdrowie. Zorganizował sobie ergonomiczne środowisko pracy. Wykonuje ćwiczenia fizyczne, jeździ na rowerze. I sylwetkę, jak na podstarzałego grafika powiem wam, ma całkiem całkiem.

Ale nie o tym miało być. Przedmiotowy grafik poczuł się dziwnie... no właśnie... rozgląda się dookoła, a tutaj... Dziara goni dziarę. Są wszędzie. Na kończynach dolnych i górnych. Na łydkach i bicepsach. Na szyi, barkach, plecach, żołądku, tzn. brzuchu raczej i pośladkach. Wszędzie. Nierzadko kilka. Małe i wielkie. Tatuaże. Kiedyś to było coś. Człowiek z tatuażem na ciele robił szum. Przyciągał wzrok. Intrygował. Był kimś niezwykłym. A dzisiaj? NIe ma co ukrywać, grafik poczuł się dziwnie, że sam, będąc grafikiem, nie ma żadnego tatuażu! A tak. I tak miał wrażenie, że wszyscy się na niego gapią i szydzą: [Patrzcie, co to za dziwak, nie ma żadnej dziary, że też dzisiaj jeszcze takich ta ziemia nosi]. Heh, głowę zwiesił niemy.

Z punktu widzenia zawodowego czy technicznego taki tatuaż, to masa pracy graficznej. I pod kątem graficznym i poligraficznym. Bo samo wykonanie tatuażu to wprowadzenie tuszu do skóry właściwej, aby zmienić pigment skóry. Można powiedzieć - drukowanie na skórze. Same wzory to często dzieła sztuki. Niezwykłe historie opowiedziane rysunkiem, który dodatkowo musi współgrać z ciałem. Tonacją skóry i kształtem ciała, które przecież się zmienia. I tak to wytatuowani gapili się na grafika jako na wybryk bez tatuażu, a grafik gapił się na tatuaże. Oczywiście, że na tatuaże. Wiadomo, że na tatuaże. Ale o tym innym razem.

POISON [FLEKS & INKS]
inspiracja: POISON [FLESH & BLOOD]

A tymczasem niech zabrzmi Poison i [Flesh & Blood]. Wspaniały rock z 1990 roku. Z nurtu glam i hard. Wraz z tym albumem przyszła sława, kasa i ogromna popularność. Ale zasłużenie. Jako ciekawostkę dodam, że do składu Poison nie załapał się sam Slash - tak, ten od Guns N’ Roses. Potem przyszły nałogi, niesnaski - ot typowa historia rockowego zespołu. Co ma Posion wspólnego z tatuażami? Wiadomo, muzycy takowe posiadali. I właśnie jeden z nich jest na okładce [Flesh & Blood]. To ramię  perkusisty Rikki Rocketta z nazwą zespołu i tytułem płyty. Początkowo miało to być zdjęcie tatuażu tuż po jego wykonaniu, ale zaczerwieniona i krawiąca skóra niezbyt dobrze się prezentowały, dlatego pozostała ugrzeczniona wersja, bez tych ekstremalnych dodatków. A grafik pozostał bez tatuażu. Ale z mocnym postanowieniem, że następnym razem przed wyprawą na plażę wypożyczy od swoich dzieciaków jakiś wodny tatuaż i zaszpanuje. Ot co. A potem szybko wyszoruje. Patrzcie, jaki to cwaniaczek. 

Z graficznym pokręceniem / podstarzały graFIK

piątek, 26 sierpnia 2022

Galop na białym rastrze w rytmie glam rocka

I jeszcze jedno wyjaśnienie dotyczące miłości do RIPa. Tekst ponownie pochodzi z książki [Z RIPownika podstarzałego graFIKa].

O czym to ja miałem powiedzieć? A tak, zaczęliśmy snuć dywagacje na temat wyższości kropek nad innymi bryłami geometrycznymi. Bo jest bez kantów, ma w opisie tę fascynującą liczbę [pi] i w ogóle sprawia, że życie jest prostsze. I wiele rzeczy można ominąć mniej lub bardziej szerokim łukiem, w zależności od średnicy przypadku. Ale to nie o tym miało być. 

A o konsekwencjach RIPa. Od ostatniego czasu nic się nie zmieniło. Nadal jestem RIPnięty na punkcie RIPa. Zatem co z tymi kropkami? Mieliśmy je sobie obejrzeć pod lupką? Widać je? Są kolorowe? Jeśli tak, to ile kolorów widzimy? Na razie masa pytań a żadnej odpowiedzi. Kacie, czyń wreszcie swoją powinność.

Tak, widzimy kropki. Mogą to być również inne bryły geometryczne albo linie. Ale o tym innym razem. Widzimy kropki w czterech podstawowych kolorach: niebieskim [dla chłopaków], różowym [dla dziewczynek], żółtym [dla papistów] i czarnym [dla... aż strach napisać, chociaż kapitalnie się rymuje]. I jak jeszcze lepiej się przyjrzymy, to widzimy jeszcze trzy rodzaje kropek: mieszankę niebieskiego i różowego [granat], różowego i żółtego [czerwień] oraz niebieskiego i żółtego [zieleń]. I koniec. Z tych siedmiu kolorów drukujemy praktycznie wszystko. 4 kolory podstawowe i ich trzy mikstury. Żeby było jeszcze śmieszniej, te kropki tańcują ze sobą i tworzą jeszcze wzorki, które w zależności od okoliczności nazwiemy rozetą albo morą.

Tak, tak to jest z tym RIPem. Po co ta cała gimnastyka? A po to, by ta drukarka, którą mamy na biurku, lub ta większa, którą zwiemy ploterem, lub ten kolos wielkości boiska piłkarskiego wiedział, gdzie kolor ma być jaśniejszy a gdzie ciemniejszy. Bo niby skąd ma wiedzieć? Swego czasu na lekcjach fizyki, konkretnie o grawitacji, dostaliśmy do rozwiązania takie zadanie. Czy kamień rzucony z góry kuli ziemskiej przeleci przez cały środek naszego globu i wypadnie na dole? Proste? Teorii było bez liku. Prawda jest jednak bardziej brutalna. Nie wypadnie z drugiej strony naszej ziemskiej kulki.

Bo po drodze ten kamyk padnie pastwą fioletowych połykaczy kamieni. Nie pytajcie mnie o dowód, nie jestem fizykiem. Ale wiem, że w drukarkach różnej maści nie siedzą małe, rozjaśniające lub przyciemniające farbę farbiki ze skrzydełkami. Ani białe łabędzie, których dosiadają drukarze. Za wszelakie nasycenia kolorów odpowiedzialny jest RIP, a ja mam na jego punkcie bzika. 

T.REX [RIDE A WHITE SCREEN]
inspiracja: T.REX [RIDE A WHITE SWAN]

Skąd tu łabędzie? A z okładki płyty T.Rex [Ride a White Swan]. Tam grafik ładnie pokazał strukturę czarnego rastra. Słodziutkie! [Ride a White Swan] to pierwszy singiel grupy wydany nie pod nazwą Tyrannosaurus Rex, a skróconą T.Rex. Mówi się, że wraz z tą piosenką narodził się glam rock. 9 października minie dokładnie 50 lat od premiery tego utworu. Glam rock i raster - ach te szalone lata 70. Ride a White Screen [screen - raster].

Z graficznym pokręceniem / podstarzały graFIK




wtorek, 23 sierpnia 2022

RIPnięty grafik 2.0

To tytuł drugiego felietonu z książki [Z RIPownika podstarzałego graFIKa]. To ciąg dalszy wyjaśnienia, o co mi chodzi z tym RIPem.

O czym to ja miałem powiedzieć? A tak, chciałem wyjaśnić, skąd się wziął nagłówek dla tych całych opowieści. Dziwnej treści. W których i projekt szeleści. Gdzie spotykają się grafika, poligrafia i muzyka.

A zatem pierwsza myśl była, by było... z pamiętnika. W tym kontekście, że grafik pisze o tych sprawach, które pamięta. Niekoniecznie z określoną chronologią, bo o tę po latach może być trudno. Po prostu miało chodzić o wspomnienia, komentarze współczesne bardziej lub mniej. Pamiętnik, to takie słowo osobiste, które wiele w sobie mieści. Potem miało być... z rysownika. Już bliżej profesji. Bo skoro jest grafik, to musi być i rysowanie. Tworzenie, kreowanie, myśl, koncepcja, która następnie za pomocą różnych środków i narzędzi przenoszona jest do rzeczywistości cyfrowej. O tych przyborach toaletowych grafika też kiedyś będzie można napisać [o, muszę dołożyć tę myśl do notatnika]. I przyszła refleksja. Jakie słowo połączy zarówno zamysł artystyczny i graficzny z procesami drukowania? 

Oczywiście, odpowiedź nasunęła się sama. RIP. Mam bzika na punkcie RIPa. Jestem RIPnięty. Zatem mikrokrótko, co to jest ten RIP, że można na jego punkcie oszaleć. Mądra i trudna literatura znajdzie nam wiele definicji, ale my tutaj tego nie chcemy. Dlatego cytując samego siebie, czyli mówiąc własnymi słowami, RIP to zarówno urządzenia [np. komputer z odpowiednim oprogramowaniem], jak i sam proces zamiany grafiki, zdjęcia, tego  wszystkiego co chcemy wydrukować na... No właśnie, na język zrozumiały dla drukarki. To tłumaczenie z graficznego na poligraficzny. Przełożenie wektorów lub pikseli [o nich też kiedyś będzie] na raster. O rany, kolejne trudne słowo. Co za tłumaczenie. Nieznane przez  nieznane. 

Otóż wyobraźcie sobie, że prawie wszystko co się drukuje na świecie, drukuje się za pomocą czterech rodzajów kropek. Koniec kropka. Zanim opowiem ciąg dalszy tej fascynującej  historii, po prostu weźcie lupkę, weźcie jakąś książkę, czasopismo [a wierzę, że takowe macie, bo jesteście ludźmi Kólturalnymi] i przekonajcie się sami. To piękne zdjęcie, ten rysunek, ta grafika w powiększeniu okazuje się być tylko i wyłącznie kompozycją kropek. Rozczarowani czy zafascynowani? Mnie to ujęło i to zauroczenie trwa już ponad dekadę.


FLEKS FERDINAND [YOU COULD HAVE IT SO MUCH RASTER]
inspiracja: FRANZ FERDINAND [YOU COULD IT SO MUCH BETTER]

Jak nie macie lupki, to spójrzcie sobie na okładkę płyty Franza Ferdinanda [You Could Have It So Much Better]. Sympatyczna buźka cała jest w kropeczkach. Ospa? Nie, fuj. To piękny rasterek użyty tutaj jako celowy zabieg artystyczny. Tak, w dość tanecznych, szkockich rytmach można się tutaj zachwycić nad zRIPowanym rastrem. Tak, jestem RIPnięty na punkcie RIPa.

Z graficznym pokręceniem / podstarzały graFIK


niedziela, 21 sierpnia 2022

Szczytowanie graFIKA


To tytuł pierwszego felietonu z książki [Z RIPownika podstarzałego graFIKa]. Ponieważ tekst ten wiele wyjaśnia, uznałem, że warto go przytoczyć na początku tej zabawy z blogowaniem.

O czym to ja miałem powiedzieć? Wiek już nie ten i pewne rzeczy zdarza się zapominać.  Dobrze, że są teraz w programach graficznych notatki. Od razu można zapisać jakąś myśl twórczą, bo po kolejnym [Zapisz jako] ta mogłaby się ulotnić. Inna sprawa, że potem jeszcze trzeba taki plik znaleźć, przypomnieć sobie, że była tam notatka itd. Ale nie o tym miało być.

A... już wiem. Skąd się urwałem, bo skoro to pierwsza pogadanka, to wypadałoby się przedstawić. Tu graFIK ze złotymi godami pracy twórczej na karku. Z sąsiedztwa. Który obrał sobie za cel popularyzowanie trzech miłości swojego życia: grafiki, poligrafii i muzyki. Tak, zadanie  karkołomne, mogłoby się wydawać. Ale i do tego dojdziemy.

Ale do tematu, zanim zapomnę. Zdarzyło mi się ostatnio przeczytać kilka książek o wielkich himalaistach. Jako zagorzały miłośnik gór, fotografii górskiej sięgam po takie dzieła z przyjemnością. We wszystkich tych publikacjach jak mantra powracają te same wątki: obsesja na punkcie gór, rywalizacja [także ta ciemna strona] i przede wszystkim tragedia.  Śmierć partnera, przyjaciela. Uszczerbek na zdrowiu. Nie oceniam, nie komentuję. Zastanawiam się, jakby to wyglądało, gdyby to przenieść na grunt grafiki. Czy graficy też mają obsesję na punkcie, szeroko rozumianej, grafiki właśnie. Czy ona też ich wzywa, by zostawili wszystko i za nią szaleli? Czy też ze sobą rywalizują, by wykonać bardziej karkołomne wyczyny graficzne? Czy, w tym przypadku bardziej w wymiarze symbolicznym, po trupach dążą do celu? Co może być dla nich odpowiednikiem nocy w szczelinie lodowej? Noc bez internetu czy programu graficznego?

Tak jak w każdej pasji, jest tutaj wiele wspólnych mianowników, choć krajobraz inny. Widziałem wściekających się grafików, ba, rzucających sprzętem, gdy nie mieli dostępu do sieci. To taki odpowiednik zejścia ze szczytu bez poręczówek i czekana. Widziałem załamanych na widok plakatów z innymi kolorami, niż sobie zamarzyli. To tak, jakby odmrozić sobie palce u stóp. Rywalizacja o palmę pierwszeństwa? O tak, a jakżeby inaczej. A braterstwo graficzne? Tak. I to jest najwspanialsze. Graficy, którzy rozumieją się bez słów. Czują tę kreskę, zachwycają się tą samą barwą. Godzinami rozprawiają o okładce książki, płyty czy po prostu wizytówki. I to jest wspaniałe i niech trwa na wieki. Ponad alpinistów stawia nas fakt - brak świadomości, że partner w grafice może odpaść od ściany czy dostać choroby wysokościowej. 

Zatem Bracia Graficy, zdobywajcie szczyty wzajemnej sympatii i zrozumienia. Grafika wiecznie żywa! I skoro było o grafice i poligrafii, na koniec coś o muzyce. Idealną ilustracją ze świata okładek będzie Depeche Mode [Construction Time Again] z 1983 roku. Co na niej widzimy? Niezwykle charakterystyczna sylwetka. To Matterhorn - jeden z najsłynniejszych szczytów Alp. Na skałkach kowal z młotem - prawdopodobnie jako metafora budowania lepszego świata. Muzyka bardziej industrialna, ale przede wszystkim jest tutaj [Everything Counts] - ewidentnie wizytówka tej płyty.


DEPECHE MODE [CONSTRUCTION PRINTER AGAIN]
inspiracja: DEPECHE MODE [CONSTRUCTION TIME AGAIN]

I tak osiągnęliśmy szczyt tego bazgrajstwa. Zatem niech trwają grafika, poligrafia i muzyka. I wspólnie osiągają szczyty kultury. Alpinistom zaś życzę, by góry były im przyjazne. 

Z graficznym pokręceniem / podstarzały graFIK

Dziara goni dziarę, czy ta moda jest za karę?

Twelfth episode of the RIPped graFIK saga. Now… what was I gonna say? Oh right — the story of a graphic designer who escaped to a lake. Nope...